Zawodnik MTB Piotrek Krajewski w Kasinie
© Piotr Staroń
MTB

Wujek Dollo opowiada o rowerach - Piotrek Krajewski w świecie dirt jumpingu

"Pamiętam, że na jednej z hopek stał Semenuk z aparatem i strzelał foty, więc wyciągnąłem supermana do granic możliwości. To był jeden z najfajniejszych momentów mojego życia" - opowiada Kraja.
Autor: Maciej Świerz
Przeczytasz w 19 minPublished on
Cześć Piotrek, jak idą przygotowania do sezonu?
Bardzo dobrze, dużo trenuje, zacząłem się sensownie odżywiać, liczyć makro i kalorie. Dla niektórych może się to wydawać śmieszne, ale po tylu latach życia na przysłowiowym freestyle’u stwierdziłem, że warto podejść do tematu trochę inaczej. Postawiłem sobie określone cele – redukcja wagi, zbudowanie solidnej masy mięśniowej i „sensowne” przygotowanie się do sezonu. Tak to na chwilę obecną wygląda.
A jak się ma sprawa twojej kontuzji, bo widziałem, że cały czas walczysz z tematem?
Tak, cały czas leczę zeszłoroczną glebę, której efektem było skomplikowane, wieloodłamowe złamanie nadgarstka. Na całe szczęście trafiłem do dobrego lekarza, który bardzo sprawnie ogarnął temat. Później powiedział mi, że jak „otworzył rękę” przed operacją, to kość w zasadzie się „wysypała”. 9 miesięcy nosiłem w sobie blachę i 8 śrub, ale 5 tygodni temu udało się już wyciągnąć większość metalu. Obecnie działam "na pełnej", żeby to wszystko dobrze funkcjonowało.
Współpracujesz jeszcze z Arturem Hryszko?
Nie, obecnie moje główne przygotowania to trening siłowy i interwały pod okiem Pani trener Iwony Woronwicz. Swoją dietę konsultuję trochę ze świrem Oskarem Macukiem. Cały czas jestem też pod okiem fizjoterapeutów. (tu pozdrawiam swoją dziewczynę) Jeśli chodzi o Artura, to muszę przyznać że fajnie ogarnia sprawę i mega szanuje to, że ciągle robi wszystko, żeby się rozwijać. Poza tym sam jeździ, więc dobrze wie, jaki trening przydaje się rowerzystom i dlaczego niektóre elementy są takie ważne. Zdecydowałem się na zmianę, bo model współpracy internetowej nie do końca się sprawdził w przypadku mojej osoby. Po tylu latach „dachowania” na rowerze, moje ciało ma pewne ograniczenia mobilności. Praca bez nadzoru trenera, który sprawdza moją technikę na bieżąco i w przypadku problemu obmyśla ćwiczenia zastępcze jest po prostu mało efektywna.
Ok, zostawmy temat siłowni i wróćmy do roweru. Zacznijmy od zdefiniowania Twojej profesji – jesteś dirtowcem, freeriderem, zjazdowcem, a może jeszcze kimś innym?
Piotrek Krajewski na evencie Audi Nines

Kim jest Kraja?

© Mateusz Szachowski

Myślę, że jestem kimś na kształt „ambasadora kolarstwa grawitacyjnego”. Wiele osób pewnie uśmiechnie się lub zaśmieje czytając to określenie, ale na chwilę obecną ja tak właśnie się czuję. Przez kolarstwo grawitacyjne, które nie jest zbyt wdzięcznym określeniem, rozumiem przede wszystkim skoki i wszystko co z nimi związane. Mówię, że jestem „ambasadorem” ponieważ bardzo dużo działam między innymi z Kazurką, tworząc darmową infrastrukturę rowerową dla sporej warszawskiej społeczności rowerowej. Często konsultuję też wiele różnych tematów; podpowiadam jak dogadywać sprawy budowy z miastem i tłumaczę jak powinno się budować takie spoty. Jest to przecież sport podwyższonego ryzyka, a rozwijanie takich miejscówek jest bardziej skomplikowane, niż się wszystkim wydaje. Poza ogarnianiem spotów organizuje też zawody i jestem „trenerem samoukiem”, który bazuje na swoim wieloletnim doświadczeniu zdobytym na dirtowych hopach.
A jak się to wszystko zaczęło?
Chyba od serii „Drop in TV”, która swego czasu leciała na Extreme Sports Channel. Zawsze jak wracałem do domu i akurat nie szedłem grać w piłkę, odpalałem ten kanał i czekałem na kolejny odcinek. Moją ulubioną osobą był Dylan, który niestety miał coś z trialowca. Z drugiej strony latał na hopach najwięcej z całej ekipy, więc bardzo przypadł mi do gustu.
Druga inspiracja to filmy szkoleniowe, w których ekipa uczyła wykonywania różnych trików na skateparku. Co prawda ten skatepark średnio mi się podobał, ale sztuczki w powietrzu robiły na mnie duże wrażenie. Spodobał mi się ten sport, a akurat tak się złożyło, że miałem w gimnazjum dwóch kumpli, którzy coś już jeździli. Zagadałem do nich, żeby podpowiedzieli mi jaki rower ogarnąć. Kupiłem za dużą konę w kolorze… Gówna? Tego możemy nie pisać. (śmiech)
To się wytnie…
Wspomniana rama była w rozmiarze L, więc można powiedzieć, że moja wiedza na temat sprzętu była na tę chwilę zerowa... Takie właśnie są początki. Drugiego dnia wybudowałem już pierwsze dwie hopy i wylądowałem na głowie. Pamiętam, że tak się przewróciłem, że nie mogłem oddychać. Niczego to nie zmieniło, poza tym, że zrozumiałem, że "jestem z gumy" i mogę naparzać. Później w bardzo krótkim czasie zacząłem bardzo szybko latać coraz większe rzeczy, rzecz jasna – totalnie bez skilla. Byłem wtedy znany jako dzieciak z gumy, bo co chwilę gdzieś się przewracałem. Z boku mogło to wyglądać tragicznie, ale muszę powiedzieć, że z czasem skakanie szło mi coraz lepiej.
Zawodnik MTB Piotrek Krajewski na trasie w Kasinie.

Trzeba przyznać, że obecnie skakanie idzie już Piotrkowi całkiem nieźle...

© Mateusz Szachowski

Pierwsza rowerowa miejscówka to?
Pierwsze moje skoki na hopach wykonałem na miejscówce, którą pewnie będą kojarzyć tylko ludzie z Warszawy i okolic. Był to spot na tyłach stajni SGGW. Tamtejsza ekipa wykopała w lesie sporo fajnych hop. Niestety klasycznie pewnego dnia wjechał buldożer i zrównał wszystko z ziemią. Potem chyba pierwszy raz pojawiłem się na Kazurce. Śmieszna historia, bo przyjechałem tam mega zawstydzony.
Niemożliwe, Ty?!
Popatrzyłem chwilę jak ludzie skaczą i szybko uciekłem. Nie wiem dlaczego tak było. Chyba się wstydziłem, że mam taki, a nie inny rower, albo skocznie są takie duże. Kazurka wyglądała wtedy zupełnie inaczej…
Zaczęliśmy budować swoje własne skocznie pod domem jednego z moich kumpli. Dogadaliśmy się z jakimś koparkowym, który nam pomógł i po chwili mieliśmy pierwsze własne hopki. Były zbudowane totalnie bez sensu, no ale początki takie są - zaczynamy, nie mając zielonego pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Z biegiem czasu i skokiem progresu, zdecydowałem się na powrót na Kazurkę i tam zacząłem się kumać z różnymi ludźmi, którzy już jeździli. Poznałem Szaszłyka, Elivsa, Głaza, Kopra, Szacha i wszystko zaczęło się powoli układać…
Co się stało z polskim Dirtem? Było nieźle, a teraz?
Ja tu powiem tak… Mamy taki dirt, na jaki sobie zapracowaliśmy. Wydaje mi się, że należę do „drugiego pokolenia polskich dirtowców”. Ludzie, którzy jeździli przed nami; Michał Jasiński, Grzesiek Wariat, Kuba Szopa, Adam Teperek, Rafał Biały, Michał Serdakowski, Dominik Szymański czy Przemek Bereda (czy ekipa BMX Janusz Pietruczuk, Swen, Piotr Kołodziej czy Marcin Wróblewski) robili super triki, ale nie mieli wielkich perspektyw na to, by stworzyć wokół siebie jakąś "markę". Firmy rowerowe i cały marketing sportowy dopiero raczkował, więc większość z tych ziomków po prostu jeździło dla siebie. Nie było social mediów i smartfonów, więc robienie filmów, zdjęć i sama promocja, po prostu nie była możliwa. Z biegiem czasu ludzie przestawali jeździć. Trzeba było zająć się dorosłym życiem. Rower odszedł na drugi/trzeci plan i czasem wrócił, a czasem nie.
Później pojawiliśmy się my. Firmy zrozumiały, że jednym ze sposobów dotarcia do klientów i reklamowanie się, było ładowanie kasy w zawody i zawodników. Dzięki temu sporo osób z jak to określiliśmy "drugiego pokolenia dirtowców" mogło skorzystać, wybić się i zacząć coś robić w tym kierunku. Inna sprawa, że większość z nas miała wtedy od 15 do 18 lat. Mieliśmy jeszcze wsparcie rodziców, nie musieliśmy myśleć o zarabianiu na życie i mogliśmy się skupić na jeździe na rowerze. A jeśli chodzi o nasze podejście do profesjonalnego sportu – no… Zostawmy to może bez komentarza (śmiech)
Dodatkowy problem z dirtem jest taki, że jest to bardzo trudny i techniczny sport. Jeśli chodzi o niebezpieczeństwo, to moim zdaniem downhill jest dużo bardziej ryzykowną dyscypliną. W dircie mamy większy margines błędu, możemy się w trakcie lotu ewakuować, a na trasach zjazdowych nawet najmniejszy błąd może sporo kosztować. Mimo wszystko, w zasadzie nie ma w Polsce zawodów, ciągle brakuje ludzi, którzy dobrze ogarniają temat, a jeśli nawet ktoś już jest, to zazwyczaj kieruje się w trochę inną, sportową stronę. Oczywiście wszyscy jesteśmy nastawieni na progres, ale lądowanie potrójnego flipa na twardo, jest dość ryzykowne i mało kto w ogóle chce takich rzeczy próbować. Organizatorzy imprez też odeszli od zawodów i zwrócili się w stronę pokazów. Jest to bezpieczniejsza forma, która bardziej odpowiada zawodnikom, bo w przypadku gleby na miękko, nie ma tak poważnych konsekwencji.
Z drugiej strony, jak patrzę na to co się dzieje na Kazurze, to muszę powiedzieć, że dirt w Warszawie nigdy nie był lepszy. Mamy jeszcze sporo nowych pomysłów na rozwój miejscówki i całej sceny o czym niedługo przekonacie się sami.
Piotrek Krajewski na lokalnym spocie w Warszawie

Kazoorka w Warszawie - chyba nie jest źle?

© Mateusz SZachowski

Wiem, że kiedyś ty też startowałeś w zawodach. Dlaczego przestałeś?
Wiesz co? Na pewnym etapie udało mi się wygrać mistrzostwa Polski w Milanówku i tak naprawdę osiągnąłem to co chciałem. Jarałem się tym, że fajnie ogarniam, robię sporo dobrych sztuczek, ale pojawił się problem – zaczęły boleć mnie plecy. Klasyczna sprawa, bo tak jak już mówiłem, poziom mojej wiedzy na temat przygotowania fizycznego i wszystkiego co z nim związane był mówiąc delikatnie średni. Zacząłem chodzić do fizjoterapeutów i pojawił się kolejny klasyk - ludzie zaczęli mnie straszyć, że nie powinienem wracać na rower, że to się dla mnie źle skończy…
Tak znam te teksty…
W każdym razie po mniej więcej pół roku ostrych przygotowań fizycznych, zdecydowałem się wrócić na rower, ale z zawieszeniem. Stwierdziłem, że to powinno mi pomóc i jak się okazało, dokładnie tak było! Później zrozumiałem, że na takim rowerze też da się robić sztuczki, ale wiedziałem, że w przypadku ostrej gleby mogę stracić władzę w nogach. Stwierdziłem, że muszę się przeorganizować. Było pewne, że dalej będę działał z rowerami, jako sędzia, fotograf, filmowiec, kopacz – osoba aktywna w środowisku. Trochę poukładało mi to w głowie i zdałem sobie sprawę z tego, że kariera profesjonalnego dirtowca startującego w zawodach nie jest dla mnie. Był taki okres, że wygrywałem sporo i miałem w głowie taką wizję, ale wiesz jak jest – życie zweryfikowało.
Ciekawostka – po wielu wizytach w szpitalach i gabinetach fizjoterapeutów, dowiedziałem się jednej fajnej rzeczy. Jeśli przez lata sportu skatowałeś swój kręgosłup i nie jest on w najlepszym stanie, ALE skupiasz się na odpowiednim treningu fizycznym i profesjonalnym przygotowaniu, to są spore szanse, że nie będziesz mieć większych problemów. Jeśli jednak Twoje życie jest spokojne, kręgosłup jest w super stanie, ale Ty siedzisz przed biurkiem 8 godzin dziennie nie uprawiając żadnego sportu i nie dbając o pozycję, to będziesz miał na starość spore problemy… Polecam dbać o siebie i trochę się nad tym zastanowić!
Temat kontuzji mamy już ogarnięty, wiec możemy przejść do jazdy. Brendog kiedyś powiedział, że jeśli ktoś umie skakać, to poradzi sobie w każdej dyscyplinie – zjeździe, enduro, itp. Też tak uważasz?
Zacznijmy od tego, że szkoląc kursantów wychodzę z założenia, że podstawą jest pumptrack, gdzie uczymy się kontrolować rower. Kolejnym obowiązkowym elementem jest umiejętność poprawnego skakania, więc odpowiadając na pytanie: Tak, zgadzam się – jeśli ktoś umie skakać, to znaczy, że umie kontrolować rower. Oczywiście nie można przesadzać, bo umiejętność skakania nie wystarczy do tego, żeby beztrosko bawić się w każdej dyscyplinie, ale komuś kto dobrze ogarnął latanie na pewno będzie łatwiej, w enduro, zjeździe, czy na freeride’owym rowerze.
Piotrek Krajewski prowadzi szkolenie na torze pumptrack

Najlepsze miejsce do treningu? Pumptrack!

© Mateusz Szachowski

Jak jesteśmy przy freeride’owych rowerach – Ty też przesiadłeś się na taką maszynę…
Jest takie powiedzenie „jak uprawiasz sport to najcięższe jest pierwsze 10 lat, później już idzie z górki”. U mnie było tak samo... Najpierw katowałem jedną hopę, potem dwie, dorzucałem pierwsze sztuczki, poszerzałem wachlarz trików, a po kilku latach, gdy zacząłem szukać nowych sposobów i rozwiązań, zdecydowałem, że wskoczę na duży, freeride'owy rower. Do tego doszła też chęć ucieczki z miasta, zbliżenia się do natury i spędzenia czasu w górach. Poza tym, to świetna sprawa, że nie musisz po dwóch hopach podchodzić i się od nowa ustawiać do jazdy. Lecisz całą linię, a na górę wyjeżdżasz wyciągiem, albo właśnie na rowerze.
A gdybyś miał wybrać między rowerem do Slopestyle’u a freeride’ówką?
Weź dwie. (śmiech) Każdy rower ma swoje zalety i nie da się ich porównać. To coś zupełnie innego i to jest w tym najfajniejsze. Jak chcesz więcej poskakać – bierzesz mały rower, a jak chcesz zaliczyć konkretne loty na dużej prędkości, to wsiadasz na duży rower i lecisz.
Utrzymujesz się obecnie z bycia sportowcem?
Sportowiec to może nie jest w moim wypadku najlepsze określenie. Nie uprawiam sportu zawodowo, ale rzeczywiście przez to, że jeżdżę na rowerze, mogę działać w tej branży, a w efekcie się z tego utrzymać. Żyjemy w takich czasach, że wielu riderów przekształca swój wizerunek w pewną "markę". W moim przypadku sprawa wygląda tak, że dzięki współpracy z firmami takimi jak Dartmoor czy Bobby Burger, mam podstawy by jeździć, rozwijać się, zajmować się bikeparkiem na Kazurze, a w wolnym czasie jeszcze szkolić.
Sumienność i ciężka praca sprawiły, że mogę robić to co kocham i się temu poświęcać. Rozumieją to firmy z którymi działam już od dłuższego czasu. Z Dartmoorem współpracujemy już 11 lat, a to więcej niż niektórzy jeżdżą na rowerze... W przypadku Bobbyego współpraca trwa 3 lata. Nie decyduje się na krótkofalowe zrywy i niepewne akcje. Zawsze staram się szukać długich, stabilnych kolaboracji z najlepszymi firmami.
Tak sobie myślę, że całość zaczęła się jeszcze na studiach. Pracowałem wtedy jako ambasador Red Bull’a na uczelni, studiowałem i jeździłem na rowerze. Dzięki temu byłem w stanie połączyć koniec z końcem. Po studiach trzeba było się zastanowić co chcę robić z życiem – zdecydowałem, że będę jeździł na rowerze i tak już zostało. Robię to wszystko na swoich zasadach, ale rzecz jasna uznaje kompromisy.
Dlaczego dartmoor?
Z Dartmoorem współpracujemy już bardzo długo. Jak wspominałem jest to ponad 11 lat i jest to pierwsza firma, która się do mnie odezwała. Początki były takie, że mój serdeczny przyjaciel Janek Kiliński był aktywnym dirtowcem, startującym w zawodach, a ja starałem się go gonić. W tamtych czasach nie miałem z nim szans... Janek współpracował wtedy z Authorem, a równolegle rodził się Dartmoor. Zaproponowano mi pierwszą ramę i muszę przyznać, że na początku trochę się zastanawiałem, bo rzadko ktoś wypowiadał się na temat firmy pozytywnie. Na szczęście zrozumiałem, że ktoś wychodzi do mnie z propozycją i po prostu głupio byłoby z tego nie skorzystać… Minęło 11 lat, a my ciągle razem działamy. Ja się rozwijam, a razem ze mną rozwija się firma. Jestem bardzo zadowolony, bo mam warunki do tworzenia materiałów i robienia progresu. Z Jankiem też dalej aktywnie współpracujemy, tworząc razem różne fajne projekty, prowadzimy szkolenia czy tripując po świecie, ale teraz role się odwróciły i to ja odrobinę odjechałem mu ze sztuczkami. (śmiech) On wbił level mistrzowski pod względem technicznym i dzięki temu idealnie się dopełniamy jako team!
Piotrk Krajewski zawodnik MTB selfie Utah

Ciężka praca = rowerowa wycieczka do Utah!

© Piotr Krajewski

Czy uważasz, że sprzęt rzeczywiście ma tak wielkie znaczenie?
Uważam, że wszystko zależy od ridera. Rower może ewentualnie pomóc, ale to zawodnik kontroluje sprzęt, a nie odwrotnie. Czasami w bardzo ekstremalnych sytuacjach, sprzęt może pomóc, wyratować, ale wciąż zdecydowanie najwięcej zależy od osoby, która na tym rowerze jeździ.
Ja jeździłem na wielu różnych rowerach i muszę powiedzieć, że bardzo śmieszą mnie ludzie, którzy hejtują jakąś markę dla zasady; bo widzieli kiedyś jakieś popękane części i krzyczą sobie razem z tłumem w komentarzach. Ja z tego zawsze mam „pompę”, szczególnie gdy widzę, że ktoś nie ma bladego pojęcia o rzeczach, o których mówi, a wyżywa się i wkłada w to całego siebie. W takich czasach żyjemy – trudno.
Zjeździłeś z rowerem połowę świata – jakie tripy wspominasz najmilej?
Nie ukrywam, że jednym z najlepszych tripów mojego życia był ten, na który wybrałem się z Szymkiem, Wolisem i resztą ekipy do Kanady. Jazda w Whistler i drugim legendarnym Coast Gravity Parku sprawiają, że jest to trip, który wspominam najmilej.
Przeżyłem tam sporo naprawdę genialnych chwil, takich jak skakanie na legendarnych hopkach na river trails, przejazd trasy zawodów Red Bull Joyride "z bomby", zaliczenie słynnego Crabapple Hits za lokalną dziewczyną. Ten temat z trasą slopestyle’u wyszedł mega zajebiście, bo wpakowałem się tam za Szamanem, na przysłowiowym przypale. „Ziomek tam nikt nie sprawdza, z resztą kto by się próbował wbić na takie hopki”. No i rzeczywiście, nikt nie sprawdził. Ludzie myśleli, że jestem jakimś budowniczym, więc zaliczyłem 5 lapsów i zrobiłem nawet kilka triczków. (śmiech)
*Jakbyście nie wierzyli to poniżej macie dowód:
Rzeczywiście, coś takiego mógł ogarnąć tylko wasz duet… Byłeś też na Backwoods Jamie u Logana Peata – jak to wyszło z tą imprezą „tylko dla wtajemniczonych”?
Ja w ogóle nie wiedziałem, że tam są takie hopy. Lecąc do Kanady byłem tak zafascynowany, że nie skojarzyłem tych faktów. Pojechaliśmy do Coast Gravity Parku i zaczęliśmy jeździć. Nagle Wolis do mnie dzwoni i mówi „Ty weź przyjdź na dół, to ci się spodoba!” Zjechałem do niego, a moim oczom ukazały się najpiękniejsze na ziemi rowerowe skocznie. Oczy mi się zaświeciły, gęsia skórka, te sprawy, więc znów władowałem się na start i jak gdyby nigdy nic zacząłem latać. Kilka osób kojarzyło mnie z tego, że skakałem hopki na joyride’owym torze, więc nie było przypału, ale nagle podszedł do mnie Brendon Howey i spytał "kim ja w ogóle jestem"? Odpowiedziałem, że jestem Piotrek z Polski, przyjechałem z Szymonem i tak sobie tu latam. Chwilę później zbijaliśmy piątki i lataliśmy razem, czaisz? Pamiętam, że na jednej z hopek stał Semenuk z aparatem i strzelał foty, więc wyciągnąłem supermana do granic możliwości. To był jeden z najfajniejszych momentów mojego życia.
Piotrek Krajewski wykonuje Supermana na Backwoods Jamie w Kanadzie

Superman na Backwoods Jamie

© Bartek Woliński

Bardzo mnie denerwuje zadawanie pytań o Kanadzie gdy jestem kontuzjowany, ale mniejsza. Wróćmy od Polski, a konkretnie do Warszawy, gdzie dla wielu młodych ziomeczków stajesz się kimś na kształt rowerowego mentora. Czujesz, że masz realny wpływ na Antka Faszczewszkiego i resztę tak zwanych "Dzielnych Pacjentów"?
Dalej staram się być przede wszystkim sobą i jeździć na rowerze. Po ponad 10 latach działania na scenie zdarza się, że dla wielu osób zaczynam być przykładem. Może chodzić o różne rzeczy, na przykład jazdę, czy podchodzenie do tematu przygotowania fizycznego. Rzeczywiście, czuję się odpowiedzialny za kolejne pokolenie, które jeździ obecnie na Kazurze. Rozwijając infrastrukturę i dbając o stan naszego bikeparku, mamy realny wpływ na progres, jaki łapią dzieciaki i młodzież. To samo dotyczy się jazdy w kasku, ochraniaczach, podejścia do sportu i dbania o swój organizm. A jeśli chodzi o Antka, Alexa, Marcina i resztę tych młodych zdolnych chłopaków, to muszę przyznać, że jest to dla mnie mega zajawa. Zrobili ogromny progres w ciągu ostatniego roku, a pomaganie Antkowi w wykonywaniu sztuczek na dużych hopach sprawia mi olbrzymią frajdę. Myślę sobie, że bardzo bym chciał mieć kogoś takiego, gdy byłem w jego wieku – ja wzorowałem się trochę na Elwisie ale myślę, że wtedy bardziej rywalizowaliśmy niż sobie pomagaliśmy (śmiech). Skrzaty nauczyły się rozmawiać i mówią dużo sensownych rzeczy – fajnie jest razem działać. Widzę w nich pasję do jazdy i kopania, która była też w nas – to jest super.
Jak jesteśmy już myślami na Kazurze i cały czas o niej rozmawiamy to powiedz o niej coś więcej.
W skrócie – miejscówka ma 22 lata i wszystko zaczęło się od jednego toru do 4-crossu. Jak dla mnie, przełomem było zrównanie z ziemią hop w dolnej części i wybudowanie ich na nowo. Potem dochodziła średnia linia, mała linia, pumptrack, stoliki, A-line, a nawet elementy toru do XC. Teraz mamy już prawie wszystko czego potrzebujemy, a wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie dalej będziemy się rozwijać. Polecam śledzić nasze Social Media i być na bieżąco! Bardzo fajne jest to, że kiedyś o trasy dbała mała grupa osób, ale obecnie, jak ogłaszamy kopanie, to wpada pewnie koło 50 diggerów w różnym wieku! Wielki ukłon dla was wszystkich!
Tutaj chciałbym skorzystać z okazji i podziękować Dawidowi, za cały wkład w cześć freeride’owa Kazury i Szachowi, za wspieranie mnie przy zabawie z biurokracja i marketingiem bikeparku.
Przyszłość polskiego dirtu jest w dobrych rękach… Co dalej? Przeprowadzisz się na wieś jak Elwis i zaczniesz hodować hopy i marchew, czy zostajesz w betonowej dżungli i powalczysz o rozwój tematu w stolicy?
Cisnę dalej po swojemu. W tamtym roku odpaliliśmy z ekipą świetnego miesięcznego tripa, którego zdecydowanie powtórzymy. Zaliczymy Francję, bo bikeparki, w których działa Vink po prostu trzeba odwiedzić. Pojawię się na zawodach zjazdowych i festiwalach, ale raczej dla towarzystwa i z ciekawości. Jeśli chodzi o wyprowadzkę na wieś i budowę własnego spotu, to pewnie gdzieś tam będę do tego dążył, ale teraz docelowo zajmuje się Kazurką i to jest mój drugi dom.
No to kilka słów na podsumowanie tego jakże zasobnego w życiowo-rowerową mądrość wywiadu.
Jeżdżę już 16 lat, ale dopiero się rozkręcam. Jestem bardzo szczęśliwy, że znajduje się obecnie właśnie w tym miejscu, w którym jestem. Mam przy sobie odpowiednich ludzi, z którymi działamy, wspieramy się i razem jeździmy na rowerze i tworząc zajebistą ekipę Dirt It More.
A! No i w sumie tak formie ciekawostki dorzucę, że w ramach eksperymentu postanowiłem w tym roku ograniczyć spożycie mięska. Muszę przyznać, że czuje się dużo lepiej, zauważyłem poprawę w treningu i życiu codziennym i bardzo mi się to podoba.
Witam w klubie, dzięki za rozmowę i widzimy się w Kluszkowcach na festiwalu.
Do zobaczenia!