Żużel
Wiktor Przyjemski: „Nie wyobrażam sobie świata bez żużla”
Był najlepszy we wszystkich klasach pojemnościowych. Pokonał drogę od miniżużlowego mistrzostwa Polski 50 ccm do mistrzostwa świata juniorów na żużlu. Oto historia Wiktora Przyjemskiego.
Jak trafiłeś na trening żużlowy?
Byłem mega aktywnym dzieciakiem, ciągle w ruchu, wszędzie mnie było pełno. Podobno jak tylko stanąłem na nogi, to zacząłem biegać, wkrótce siedziałem na rowerze, a za chwilę na motocyklu crossowym i quadzie. Zawsze musiałem coś robić, czymś jeździć, gdzieś biegać. I nigdy nie miałem dość. Pewien sąsiad dostrzegł tę moją niespożytą energię. A był to sąsiad wyjątkowy. Wielki fan speedway’a, który za Tomkiem Gollobem zjeździł całą Europę. W weekendy wspólnie oglądaliśmy turnieje Speedway Grand Prix. Pewnego dnia zaproponował tacie, żeby pojechać ze mną na trening miniżużla. No to pojechaliśmy.
Pamiętasz te zajęcia?
Miałem siedem lat. Byłem zbyt mały i za niski – nie sięgałem nawet nogami do podnóżków, więc większość kółek zrobiłem z trenerem, Jackiem Woźniakiem. W końcu trener machnął ręką i pozwolił mi się przejechać samemu. To było niesamowite wrażenie, jakbym dorwał najlepszą zabawkę na świecie. Byłem przeszczęśliwy!
Co mówił trener?
To ciekawe, bo jedno jego zdanie zapamiętałem dokładnie do dziś. Powiedział, że chyba kompletnie nie boję się prędkości. Faktycznie, dla mnie ciągle było za wolno. Tę prędkość lubiłem od maleńkiego i to mi zostało. Wszystko, co wiąże się z żużlem, nakręca mnie bardzo pozytywnie. Wspomniana szybkość, adrenalina, rywalizacja, niepewność tego co się wydarzy na torze – uwielbiam to.
Jak wyglądała twoja droga do wielkiego żużla?
Wiodła przez wszystkie klasy pojemnościowe miniżużla. We wszystkich wygrywałem. Najpierw wywalczyłem mistrzostwo Polski w klasie 50 ccm. Potem byłem najlepszy w kategorii 85-125 ccm, bo w moich czasach takie były jeszcze widełki (dziś to 140 ccm). Wygrałem w tej klasie indywidualnie w 2016 roku, ale chyba więcej radości sprawiły mi zwycięstwa z drużyną. Razem z Krzyśkiem Lewandowskim i Kacprem Łobodzińskim wygraliśmy dla Polonii Bydgoszcz trzy kolejne tytuły. To było świetne, bo nigdy wcześniej mój klub nie miał tej rangi sukcesów w tej klasie. Kiedy przesiadłem się na 250-tkę, nie było mistrzostw Polski na tych pojemnościach, ale można powiedzieć, że najlepszego zawodnika wyłaniał Puchar Ekstraligi – wygrałem te rozgrywki w 2019 roku i w tym samym sezonie zgarnąłem Puchar Polski 250ccm. Jestem dumny z tych sukcesów. Mam nadzieję, że świadczą o tym, że na każdym etapie byłem po prostu szybki i skuteczny.
W poważnym żużlu, na motocyklach o pojemności 500 ccm, także wywalczyłeś najważniejsze juniorskie trofea – indywidualne mistrzostwo świata i Polski, turnieje o Brązowy i Srebrny Kask, wygrałeś też dwukrotnie cykl Red Bull Juniorskie Asy. Jaki jest twój klucz do tak prestiżowych osiągnięć?
Myślę, że nie ma jednej, sprawdzonej recepty, która zawsze i u każdego się sprawdzi. Gdyby tak było, mielibyśmy samych mistrzów. Mogę mówić tylko o sobie. Na pewno za tymi sukcesami stało mnóstwo ciężkiej pracy, inwestycji w sprzęt i poświęceń. Mam nadzieję, że trochę talentu też (śmiech). To, co udało się osiągnąć, daje wielką satysfakcję, ale liczę, że naprawdę ważne rzeczy jeszcze przede mną. Mocno chcę też zaznaczyć, że nie byłoby tych medali, gdyby nie grupa bardzo zaangażowanych i oddanych ludzi wokół mnie. Wszystkim, którzy mnie wspomagają, z całego serca dziękuję.
Jest wśród nich sąsiad, który zabrał cię na pierwszy trening?
No właśnie! Nie skończyłem tego wątku. Ten sąsiad to Marek Ziębicki. Dziś jest moim menedżerem i naprawdę dużo mu zawdzięczam.
Czym był dla ciebie sport na etapie miniżużla?
Wielką przygodą. Na pewno czymś, co wypełniało cały mój dziecięcy czas. Wspólne treningi i zawody, wyjazdy, praca w warsztacie, regularne spotkania z rówieśnikami itd. Mnóstwo było w tym zabawy, ale chyba też szybko zorientowałem się, że to może stać się czymś poważniejszym. No i już od 250-tek praca była mocniejsza, bo pojawiły się cele, aspiracje.
Wygrywanie nigdy nie jest za darmo
A czym dzisiaj jest żużel?
Dzisiaj to chyba prawie wszystkim. Ja już nie wyobrażam sobie tak naprawdę świata bez żużla. Zacząłem w bardzo młodym wieku, więc ten sport jest ze mną niemal przez całe życie. Dał mi wiele i nie mam tu na myśli wyłącznie medali i świetnych kontraktów. Dzięki niemu nauczyłem się systematyczności, nabrałem pokory i szacunku do pracy. Wiem, jak bardzo trzeba doceniać każdy sukces. Nauczyłem się też akceptować porażki, bo wiem, że są nieuniknione. Chociaż… nadal nienawidzę przegrywać. Niezależnie od tego, czy to żużel, motocross, czy gra planszowa! Delikatnie mówiąc – po prostu lepiej dla mnie i mojego otoczenia, żebym nie przegrywał w Monopoly (śmiech).
A wygrywanie?
Niby jest proste i przyjemne, ale do tego też trzeba dojrzeć. Bo wygrywanie nigdy nie jest za darmo i nigdy nie będzie trwało wiecznie. Sport uczy tego najlepiej. Mnie rywalizacja ciągle mega napędza i motywuje. A wygrywanie niezmiennie cieszy i daje niesamowitego kopa! Pod tym względem jestem szczęściarzem. Robię to, co kocham. Cieszę się każdym dniem, w którym siedziałem na motocyklu. To jest super uczucie!
Jakie znaczenie ma dla ciebie to, że jesteś z Bydgoszczy i wracasz do Polonii?
Na pewno duże. Żużlowa Bydgoszcz to nie jest zwykła Bydgoszcz, jakieś tam po prostu miasto na mapie Polski. To żużlowa mekka. Polonia, historia, medale, Tomasz Gollob – wszystko to gdzieś się przebija i ciągle się to słyszy. Na pewno czuję, jak bardzo wszystkim zależy na powrocie do PGE Ekstraligi. Bardzo chciałbym w tym pomóc i awans jest oczywistym celem. W każdym wyścigu staram się zostawić na torze serce, ale jazda dla Bydgoszczy jest szczególna. Ten herb dla mnie naprawdę sporo znaczy i wszystko, co zdobyłem dla Polonii bardzo sobie cenię. Tu zaczynałem i znów tu jestem. Zrobię wszystko, żeby mój klub wrócił na należne miejsce.
Na co liczysz indywidualnie?
Przed sezonem zawsze stawiam sobie za cel, żeby nie był gorszy, niż poprzedni. Jak dotąd idzie dobrze, bo właściwie każdy kolejny był lepszy, choć w ostatnim, przez kontuzję, w końcówce te statystyki lekko się pogorszyły. Ale co roku mam więcej doświadczenia i obycia, więcej potrafię i nie schodzę poniżej zakładanego poziomu. Chcę, żeby nadal tak było. Ja sam siebie najbardziej motywuję i wysoko zawieszam poprzeczkę. Jeśli będę powtarzalny i z czystym sumieniem powiem, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy – to będzie moim sukcesem.